Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 4 kwietnia 2017

Inowłódz - Brzeźce 31.03-2.04.2017 - 74 km.

Orzech zaplanował na pierwszy cieplutki weekend 2017 roku spływ Pilicą. Stęskniłem się za pływaniem w krótkich spodenkach i koszulce. Bez tych wszystkich ciepłych ubrań, więc grzech było odmówić.

Spotkaliśmy się w piątek 31 marca pod wieczór w Brzeźcach u Artura kajaczka. Ekipa z kajaczek.pl pomogła nam w logistyce. Głównie dzięki tej pomocy mogliśmy wybrać Inowłódz jako start spływu.
Po przyjeździe do Brzeźców zaczynamy od rozstawienia lokum do spania. Ja i Orzech wybieramy tarpy. Sikor i ElTech z synem Pawłem wybierają nowo powstałe domki.






Po zorganizowaniu noclegu zmierzamy w kierunku miejsca przeznaczonego na ognisko, wszak trzeba stworzyć klimat ogniskowy i zjeść kolację.






Planujemy pobudkę na godz. 6:00. Jesteśmy świadomi, że nie posiedzimy za długo, jednak przy ognisku tak jak w wojsku czas szybko leci. Spać idziemy po 1:00.

Rano rzut okiem na Pilicę.




Sikor organizuje ogień


 i grzejemy wodę na ciepłe picie.


Muszę wspomnieć o spaniu pod tarpem. Nie to żebym narzekał, ale w kość nam z Orzechem dała kondensacja. Wszystko mokre łącznie ze śpiworami. Tak więc z rana dochodzi jeszcze suszenie.


Z rana dojeżdżają do nas jeszcze Wilk, Predator i Qbowy. 
 Kuba przywozi dar od żony za który ładnie dziękujemy :)



 Ładujemy sprzęt na przyczepę


 i ruszamy w drogę. Kierunek Inowłódz.


Na miejsce startu docieramy bezproblemowo. Cieplutko, sympatycznie, wesoło, chce się żyć. 
Graty do kajaków i ruszamy.


Pozom wody jeszcze na niezłym poziomie, choć kilka razy udało się dotknąć wiosłem piaszczystego dna. Za kilka dni Pilica będzie płytka jak co roku w lato.
Po drodze nie żałujemy sobie przerw. Płyniemy spokojnie, bez spinki. Woda nam bardzo pomaga. Później się dowiedzieliśmy, że Zalew Sulejowski zrzucał wodę.










Po dopłynięciu do Domaniewic postanawiamy zaczekać chwilkę dłużej, gdyż w dniu dzisiejszym na Pilicy odbywa się maraton. Niedługo powinni dopłynąć najszybsi. Doczekaliśmy się.



Po gratulacjach ruszamy w dalszą drogę. Dziś ElTech z synem kończą spływ. Mają auto w Tomczycach. My planujemy nocleg przed Tomczycami, także ElTechy jakieś cztery km. przepłyną sami.
Pożegnanie ElTechów


 I dalej standardowo. Przygotowanie obozowiska.


 I ognisko.





Rano również standardowo...kondensacja.




Korzystając z poziomu wody plądrujemy z Predatorem wszystkie zakola i kanaliki.





Mijamy Ulaski Stamirowskie i "Port Ulaski" w którym to stacjonuje nasz kolega Wanienka. Niestety nie tym razem.




Po drodze robimy przerwę na kawę. 




Znalezisko Predatora.





Chłopaki są niecierpliwi, więc pierwszy raz kawę zabieram do kajaka i popijam w trakcie płynięcia :)
Po drodze spotykamy się jeszcze przed Białobrzegami z Sharanami. Basią i Darkiem, którzy wracają z maratonu. Zajęli na nim trzecie miejsce. Gratulowaliśmy miejsca na podium.


W oddali majaczy już stary most w Białobrzegach.


 Przystań w Białobrzegach.


 Ostatni most przed Brzeźcami zwiastuje rychły koniec spływu.


 I to co nieuniknione...meta spływu.


Ekipa spływu.



Serdecznie dziękuję za spływ Panowie. Było mega fajnie. Ekipie z kajaczek.pl dziękuję za udostępnienie stanicy i za pomoc w logistyce. Zaoszczędziliście nam sporo czasu i problemów.
Wszystkie fotki tu:  https://goo.gl/photos/YDDFSFhHMejLM8b49
Do zobaczenia na wodzie!

niedziela, 19 marca 2017

18/19.03.2017 - Pilica - Białobrzegi - Mniszew - 45 km.

Cały tydzień śledziłem prognozy pogody na weekend. Dla kajakarza były podłe. W piątek wieczorem zdzwoniłem się z Sikorem. Zgadaliśmy się na powtórkę mojego spływu z zeszłego tygodnia. A co, pobushcraftujemy sobie w lasku. Sikor to dobry kompan. Sporo się od niego uczę rzeczy przydatnych przy biwakowaniu. Obaj jedziemy bez namiotów. Zabieramy tarpy. Przeczuwam kłopot ze znalezieniem równego miejsca do spania, ale...jakoś to będzie. Najlepszy byłby hamak, ale ja ze swoimi dolegliwościami kręgosłupowymi nie dałbym rady w nim spać. Sporo nowości przynosi mi 2017 rok. W zeszłym tygodniu pierwsza samotna nocka, teraz pierwszy raz spanie pod tarpem. No to ciach, jedziemy. Logistykę pomaga ogarnąć Patryk (dziękówa). Dojeżdżamy pod Białobrzegi i wciąż rozważamy czy nie wyciągnąć trochę spływu. Może zaczniemy w Górach, może w Przybyszewie???  Jednak zgodnie z podłą prognozą pogody zaczyna padać deszcz i podejmuję decyzję, że zaczniemy w Białobrzegach. Może zejść nam trochę czasu na rozpaleniu ogniska i podsuszeniu opału. Wolę mieć komfort czasowy niż robić to przy latarkach.

Jesteśmy nad wodą.


Pakowanie szpeju. Sikorowi troszkę schodzi czasowo, ale jestem wyrozumiały bo to jego pierwszy spływ w tym roku.
Sesja zdjęciowa Sikora i płyniemy.



Deszczyk nam nie przeszkadza. Dobrze, że nie wieje wiatr. Na rzece cisza i spokój.



Bez kłopotów dopływamy do  miejsca noclegu. Przebieramy się z ciuchów kajakowych i rozwieszamy je pod szałasem, bez nadziei że wyschną. Cały czas pada i jest wilgotno.
Zaczynamy od rozpalenia ogniska. Okazuje się, że drzewo jest mokre powierzchownie i nie mamy z tym problemu.


Do rozpalenia ognia używamy podpałki mojej roboty. Jest wykonana z wacika kosmetycznego nasączonego woskiem, złożonego na pół i oklejonego w tap tejpa. Ten zabieg sprawia, że rozpałka jest wodoodporna. Sprawdza się. Polecam. A wygląda tak:


Pora na rozłożenie tarpa. Decyduję się rozłożyć go w formie namiotu z zamknięciem z przodu. Wygląda to tak:



Jesteśmy zmuszeni do powieszenia plandek. Cały czas pada, a przydało by się wreszcie coś zjeść i trochę posiedzieć przy ognisku.


Lokum Sikora. Również tarp. Sikor uszył go własnoręcznie. Fajna robota, a satysfakcja pewnie jeszcze większa.

Zachmurzone niebo nie daje nadziei na noc bez deszczu.


Już zbieraliśmy się do posiadówy przy ognisku, ale deszcz zaczął wręcz lać. Przeważnie jako stół wykorzystujemy z Sikorem Carolinę, ale teraz musiałem ją odwrócić "do góry kołami". Zmykamy pod plandeki. Nic nie wyszło z bliskości ogniska.


Sikor zabezpiecza wejście do sypialni bo deszcz zacina i zalewa mu posłanie. Zerkam do siebie i ... to samo. Nie zamknąłem wejścia ... Jednak nie ma tragedii. Odwróciłem tylko karimatę i to wszystko.


No cóż. Kolację zjemy tu.


Lokujemy Carolcię pod tarpem, ale na niewiele to się zdaje. Do deszczu dołączył potężny wiatr i deszcz ostro zacina. Opuszczamy nieco plandekę i jest ... jako tako. Przede wszystkim zimno, ale jakoś tą kolację zjadamy. Wszystko nam jednak stygnie w mgnieniu oka.


Długo nie posiedzieliśmy. Około godz. 23:00 rozchodzimy się spać. O ile to można nazwać spaniem... .Wiatr hula jak wściekły, deszcz leje. Opatulam się w śpiworze, robi się ciepło i zasypiam. Raczej nie na długo ... budzi mnie wilgoć, którą czuję na twarzy. Okazuje się, że to konstrukcja legła i mokry tarp leży na mnie. Nie wkopałem kołka w ziemię, a potężny wiatr robił z tarpem co chciał. No trudno, przemęczę się. Stawiam podpórkę na nowo i zasypiam. Jest mi ciepło. Gdyby nie ten wiatr, było by całkiem przyjemnie. Budzi mnie stuknięcie. To kołek podpierający tarpa uderza w ziemię. Otwieram oczy i znów tarp ląduje na mojej twarzy. No masz ... ile razy jeszcze? Na szczęście to był ostatni raz, bo budziłem się kilkakrotnie i za każdym razem sprawdzałem jak się trzyma podpórka i w razie potrzeby ją poprawiałem. Plandeki generowały taki hałas, że co mocniejszy podmuch wiatru miałem otwarte oczy. Ooooo, pierwszy i ostatni raz postawiłem podpórkę luzem. No cóż, człowiek się uczy na błędach.  Tak czy siak, nie powiem że się wyspałem. Tyle dobrego, że nie zmarzłem.
W środku luzik. Spokojnie wyśpią się dwie osoby.


Rano jest pewien plus. Nie pada. Niebo zachmurzone mocno, ale nie pada.
Rozpalamy małe ognisko do przygotowania śniadania.



Obie plandeki ucierpiały. Powyrywane metalowe oczka i niewielkie, poprzecierane dziury to efekty nocnej wichury. Dadzą się zreanimować, ale czas myśleć o nowych bo koledzy z niesmakiem patrzą na ten kolor :)


Gotujemy wodę na kawkę.


Po śniadaniu zbieramy się na wodę. Ruszamy dość późno. Około godz. 11, a nawet chwilę po. Ze względu na późną porę rozważamy zakończenie spływu w Warce, ale zobaczymy jak się będzie płynęło i o której godzinie tam dotrzemy. W Warce jesteśmy o godz. 12:30. To pozwala na płynięcie do Mniszewa. Na 15:00 powinniśmy być na miejscu. Deszcz nie pada i nawet wiatr nie jest mocno uciążliwy. Poważnie wieje tylko w kilku szerszych, odsłoniętych miejscach. Żartuję do Sikora, że nie podoba mi się dzisiejsze płynięcie. Zerka na mnie pytająco, więc odpowiadam, że co to za spływ, jak deszcz nie pada :)


Stajemy na chwilę przy Wareckich Winiarach.



Zdjęcie, herbata i ruszamy.


Sikor cieszy się z pierwszego w 2017 roku spływu? Chyba tak :)


I kończymy. Kajaki na brzegu i czekamy na transport. Tym razem logistykę ogarnia nam moja żona Ania. Dziękujemy :)


Dzięki Sikor za spływ i za biwak w tych niełatwych warunkach. Mam nadzieję, że teraz już częściej będziemy się widywać na wspólnych posiadówach.

Przypadkowe zdjęcia, ale postanowiłem je tu zamieścić bo coś w sobie mają :)